Archiwum
listopad
październik
maj
marzec
styczeń
2008
październik
czerwiec
maj
kwiecień
luty
2007
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2001
grudzień
Ice age coming, women and children first
Od 8 października mam permanentny dzień świstaka, niby listopad i należałoby standardowo pokwękać, co nie? Leider nie mam czasu na Weltschmerz i rozczulanie się nad sobą i nad tym, że dni takie krótkie, gdy i tak od miesiąca funkcjonuję w trybie baru mlecznego otwartego 24h, ergo właściwie nie bardzo rozróżniam, czy akurat jest 16:00 czy 4:00 nad ranem.
(mam wrażenie, że pozycje o pielęgnacji małoletnich pomijają ten arcyciekawy aspekt, sugerując, że noworodki właściwie tylko jedzą i śpią. Don’t get me wrong, Antek sypia, a że tylko po 45 minut, ojezu, wielkie mi rzeczy. Oraz je, zdecydowanie je (oh yeah), od 12 do 16 razy na dobę, wykształcając sobie kolejne podbródki i fałdki tu i ówdzie)
[A propos fałdek, to czy wiedzieliście, że dzieci mogą się zakurzyć? My nie wiedzieliśmy. WTEM! po miesiącu odkryliśmy w fałdkach (głównie pod pachami) złogi kurzu i innego paskudztwa, pomimo codziennych kąpieli. Teraz już wiemy (mind the fałdki!)]
No więc w świetle powyższego pojawia się pytanie, droga Gosiu: czy macierzyństwo to ściema?
Może nie jest aż u nas aż tak hardkorowo, ale nie przeczę, że kiedy kiwam się na sofie o trzeciej w nocy, a co pięć minut głowa opada mi bezwładnie na klatę jak pasażerom pociągu Poznań-Zakopane, to budzą się we mnie mordercze instynkty wobec pochrapującego Małomównego i fantazje o uduszeniu go puchową poduszką (no przecież powinien siedzieć ze mną całą noc i trzymać mnie za rękę, gdy karmię bufetem Antoniego – oczywiście wiem, że gdyby właśnie siedział, to znalazłabym inną rzecz, do której bym się mogła centralnie przypierdolić, nie wiem, że na przykład ŹLE SIEDZI albo ŹLE MNIE ZA TĘ RĘKĘ TRZYMA!). Nie bez przyczyny pozbawianie snu jest formą tortury, gdy wreszcie zasypiam, to budzę się po chwili cała sztywna z poduszką w objęciach przekonana, że trzymam na rękach syna i zdziwiona, że jest miękki, błękitny i w białe grochy.
Gwoli wyjaśnienia: Małomówny robi przy Antku WSZYSTKO, co facet może. Jeno natura poskąpiła mu mojego (chwilowo GŁÓWNEGO) atrybutu, który niestety cieszy się u Syna niezwykłą popularnością. (a wiedzieliście, że męskie cycki to MOOBS? No, to teraz wiecie).
„Pierwszy uśmiech wszystko ci wynagrodzi” – niby banał okrutny, a jednak. Nie wynagradza wszystkiego (4 tygodnie bez snu? Musiałby mi Antek sprzedać kilogram takich uśmiechów!), ale zajebiście pomaga przetrwać gorsze chwile. Jestem przekonana, że dzieci zostały wyposażone w ten mechanizm (i.e. rozpromienioną buzię na widok matki) w ramach zaawansowanej samoobrony, tak. Jak również w anielski wygląd podczas snu. I to ciche posapywanie przy jedzeniu! Jezu, nawet nie wiecie, jaki mam teraz budyń zamiast mózgu – uważam nasze dziecko za absolutnie doskonałe i nikt nie przekona mnie, że jest inaczej.
I tym akcentem zakończę, bo ktoś w pokoju obok kwęka i nie jest to bynajmniej Małomówny próbujący wydostać się spod puchowej poduszki.
W następnym odcinku wasza ciocia Cashew opowie bajkę o ciąży i porodzie (albo i nie ;-)
G’night and g’luck.
2009-10-14
13:00:11
skomentuj (44)
Everything in its right place
Proszę Państwa, oto Antoni (4120 g, 57 cm szczęścia), przyszedł na świat sześć dni temu i postawił kropkę nad i. Jestem Mamą, jesteśmy Rodzicami.
2009-05-29
12:47:11
skomentuj (40)
Like a rainbow round my heart
Ezoteryczny Poznań od dwóch dni tonie, a jak Poznań tonie, to wiadomo, trzeba włączyć radosną i żwawą muzykę (Radiohead czy Radiohead, a może Radiohead?), odpalić bloga i napisać kwartalną notkę utrzymującą go przy życiu.
Skoro zimno i pada i zimno i pada na to miejsce w środku Europy, to powspominajmy dziś pogodniejsze dni, hej!
Weźmy taki 21 czerwca 2008, dobra?
O dziwo, pamiętam to i owo.
Na przykład nerwową pobudkę o siódmej i rzut oka na zachmurzone niebo, podczas gdy Małomówny spokojnie przeciągał się w łóżku mamrocząc „632, 632”. „Hę?”- zapytałam inteligentnie. „Już 632 dni razem”. Zakrztusiłam się kawą, nie powiem.
Potem poprawiłam se rzęsy jelonka Bambi (tak! sztuczne! zamiatałam nimi podłogę jeszcze przez dwa tygodnie!) i pojechałam do fryzjerki, która walnęła mi na głowie taki hełmofon, że ja pierdolę. Nic by go nie ruszyło, nawet taka Korea Północna nie dałaby rady.
Wyszłam z hełmofonem, poszłam do kiosku i kupiłam narzeczonemu Przegląd Sportowy. I tak se jechałam Pestką o dziewiątej rano, dzierżąc w dłoni ten Przegląd Sportowy i se pomyślałam „nie no, będę zajebistą żoną, bez dwóch zdań” (okej, dobra, nic takiego nie pomyślałam, pomyślałam, że jestem zajebiście głodna i że zaraz zjem dwie bułki z okrasą, zanim przyjdzie Pierwsza Żona robić mi makijaż, co też uczyniłam).
Że wychodzę za mąż poczułam dopiero, gdy przyjechała Pierwsza ze swoim magicznym kuferkiem oraz spokojem, jakiego nie powstydziłby się kwiat lotosu na tafli jeziora, a zaraz po niej Cloudy i Evva, z misją a) uspokojenia mnie b) zasznurowania mi gorsetu oraz przypięcia tego i owego, z naciskiem na pończochy i welon c) modyfikacji bukietu ślubnego (w zamówieniu stało: żadnych perełek i chujwieczego oraz żadnych różowych kwiatów w przypinkach dla pana młodego i świadka – guess what ;)) Do każdej róży w bukiecie przyklejono perły, yay! Małomówny musiał zaś zdzierżyć różowe kwiaty. Co do pereł, to Evva przytomnie wycięła wszystkie nożyczkami, a ja, a ja cóż, ZEN, moi drodzy. poziom ZEN właściwy dla panny młodej, rzecz jasna).
Małomówny włączył nam Love Actually, zrobił sobie kanapki z szynką i przytomnie usunął się z pola rażenia.
(tu następuje wyrzut adrenaliny i totalna utrata pamięci, był kościół pełen gości, był chór gospel, który zaśpiewał „Amen” tak, że zatrzęsły się mury, a zamiast marsza weselnego „Oh happy day!”, ponoć też tam byłam, ale zabijcie mnie, pamiętam tylko oczy i ciepłą dłoń mojego Męża. Oraz że w pewnej chwili z chudej klaty zaczęła zsuwać mi się sukienka, bądź przeklęta dieto South Beach! A gdy wyszliśmy z kościoła, wyszło też piękne słońce i zostało już do końca dnia, o.)
Była też wieczorna impreza, na początku której, przyznam szczerze, miałam ochotę zwymiotować ze zmęczenia, spożywszy jedynie double bułka o świcie. Rundka z Małomównym dookoła Zamku (no błagam, chyba jasne, że królewny imprezują na zamku, nie?) i szklanka redbulla załatwiły sprawę. Potem wypiłam morze białego wina, odśpiewałam wszystkie szlagiery legendarnej formacji The Dixies (http://www.myspace.com/dixiesband) i tanecznym krokiem wróciliśmy do domu nad ranem.
Gdzie zastaliśmy łoże usłane różami by Evva, Dryoung, Cloudy i Wektor. No mówię Wam, RYNNA jak stąd do Białegostoku.
No więc rozumiecie, szkoda byłoby tego nie opisać dla potomności, nie? I nie podziękować wszystkim tym, którzy byli z nami rok temu, ciałem i duchem. Dziękujemy, serio serio.
Niedługo czeka nas kolejna rewolucja, żeby nie rzec przewrót październikowy. Stay tuned.
Tymczasem kilka obrazków i do zobaczenia za kwartał!
Zdjęcia: Natalia Dobryszycka (natalia-natalie.blog.pl), Wojtek Grzędziński (grzeda.blog.pl)
Biżuteria: Ewa Dacko (ladnerzeczy.net)
Makijaż: Pierwsza Żona (pierwsza-zona.blog.pl)
2009-03-04
12:05:48
skomentuj (7)
Almost there, almost famous
Tak se dziś o świcie nuciłam pod nosem o tej ziemi, co se toczy swój garb uroczy (było się w końcu fanką Stachury w podstawówce, miałam nawet osobny kajecik, w którym starannie umieszczałam wiersze najszczersze - no ale Isabel Marcinkiewicz in pectore to nie przebiję), koty darły mordę pod oknem, tulipany pokazały na rabatkach pierwsze zielone COŚ, no i mnie tknęło, że może by tak oraz coś bym (np. parę słów na blogusiu).
Tknęło, ale bardzo szybko odetknęło (nie mylić z odetkało, blokada pisarska ma się świetnie).
Poza tym przedwiośnie, wybaczcie (ścięłam włosy, jem za dużo bułek z serem, anemia i uwiąd starczy).
A jak wiosna przyjdzie pieszo, to zobaczycie - nie będzie wiadomo kogo wiadomo gdzie. O. (Cashew na blogu, znając życie ;))
No więc ten, ziemia toczy toczy, a Happy Pills wraz z Małomównym ruszają w trasę:
23 marca - poniedziałek, godz. 20.00
KRAKÓW KLUB RE
ul. Świętego Krzyża 4
24 marca - wtorek, godz. 21.30
WARSZAWA HARD ROCK CAFE
ul. Złota 59 (Złote Tarasy)
25 marca - środa, godz. 20.00
TORUŃ PIWNICA POD ANIOŁEM
Rynek Staromiejski 1
26 marca - czwartek, godz. 20.00
CHORZÓW KLUB SZUFLADA 15
ul. Wolności 15
28 marca sobota, godz. 20.00
WROCŁAW KLUB PLAY-GROUND
ul. Borowska 128
29 marca niedziela, godz. 20.00
POZNAŃ KLUB POD MINOGĄ
ul.Nowowiejskiego 8
Plakaty wkrótce NA MIEŚCIE, be there or be square! :)
2009-01-21
11:46:25
skomentuj (20)
Erase and rewind
Łomatko, a jak mnie skasują (ci oni z blog.pl?)I nie będę mogła sobie powspominać, jaka byłam kiedyś SZALOOOOONA (mówią mi, zawsze nią byłam skończ wreeeeszcie śnić?)
Toć trzeba coś dodać raz na trzy miesiące, niektórzy dodają kropkę, ja dodam sobie prywatę, czyli Małomówny strikes back (myspace.com/happypillsband). E voila!
2008-10-13
12:56:27
skomentuj (36)
Quit flogging a dead horse
A jednak. Skoro od prawie czterech miesięcy nie znajduję w sobie więcej niż 160 znaków do opublikowania, to nadszedł czas.(Co z tego, że mogę opisać, jaką fenomenalną tartę z cukinią upiekłam wczoraj w nocy - mogę, ale nie chcę. Bo tarta z cukinią to temat zastępczy, a o tematach ważnych nie mówię ostatnio NIKOMU oprócz Małomównego. NIKOMU.)
Więc so long, farewell, auf wiedersehen, goodbye, over
(and out?)
2008-06-26
19:45:15
skomentuj (54)
Just a perfect day, I'm glad I spent it with you
Nie mogłam prosić o więcej. A skoro obraz wart jest tysiąca słów, to zostawiam Was - z uśmiechem :-) (zdjęcie: natalia-natalie.blog.pl)
2008-06-17
20:35:35
skomentuj (26)
High hopes and great expectations
Miałam mocne postanowienie ograniczyć jednostki alkoholu przyjmowane w przedślubnym tygodniu, co nie? Wytrzymałam całe pięć dni, gapiąc się na baterię butelek wina ustawioną na kuchennym stole niczym kompania reprezentacyjna. Po czym udałam się szybkim krokiem do P&P, gdzie oczywiście MUSIAŁAM wpaść na znajomych mojej M.
Owi znajomi spojrzeli znacząco na mój koszyk (camembert/alkohol), potem na mój wychudzony pyszczek (BEZ MAKIJAŻU, MAĆ!) i zapytali, czy się aby nie stresuję. Uśmiechnęłam się szeroko, odparłam, że ALEŻ SKĄD i spierdoliłam do alejki z detergentami.
Czy skłamałam? Otóż nie, nie skłamałam. Ja się nie stresuję. Ja tak troszku imploduje (Małomówny by się nie zgodził, ale umówmy się, że trzy-cztery konkretne eksplozje w ciągu ROKU przygotowań to luzik, nie? Poza tym on jest NA PEWNO zły, bo w zakładach piłkarskich mam obecnie 12 punktów, a on 10, o). Poważnie. Nadal twierdzę, że objawów stresu nie mam (wypadające włosy? to na pewno wiosenne przesilenie), przysięgę znam już na pamięć, obrażeni nadal obrażeni, a przecież lubimy status quo), a jednak budzę się mniej więcej co 3 godziny. Sen najlepszym kosmetykiem? Phleeeeze.
No więc siedzę teraz, piję tanie bułgarskie z naklejką w dywanik, polecone kiedyś przez Przyjaciela, dość paskudne jednak, ale co tam. Słucham nowego Coldplaya, nie zachwyca, rozważam przełączenie się na Reginkę Spektor lub soundtrack do „Once”, w końcu pożegnanie ze stanem panieńskim i panieńskim nazwiskiem zasługuje na smutną muzykę ;-)
Na szczęście nowe nazwisko i nowe życie rysują mi się wciąż zachęcająco. Nie będzie musiała mi Cloudy trenu przydeptywać i syczeć do ucha „nigdzie nie idziesz!”. Bowiem idę, za mąż idę, za 3 dni, jak w pysk strzelił, a jak pójdę, to mówię Wam. Będzie się działo.
Bo i koncert będzie. I piłkarzyki. I alkohol. A może nawet zatańczy ze mną raz mój Mąż (umówmy się, że on nie tańczy NIGDY, a ja nie tańczę poniżej 2 promili we krwi, rozumiemy się?). W piłkarzyki mogę grać, nawet chętnie – mam w sobie żyłkę nie tylko hazardzisty, ale i sportowca, byle nie mieć zadyszki.
Tymczasem męczę otoczenie, traktując ich chyba jak mało rozgarniętych. Mapki im rysuję, maile rozsyłam. Mogłabym się powstrzymać? Nei da rady. Rodzina ze Wschodu, a ja przejęłam pełnymi garściami poznańskość. Trudno, don’t fight it, embrace it. A jak już dorosnę, to zostanę wedding plannerem. Co prawda w produkcjach telewizyjnych wedding plannerem jest zazwyczaj ekscentryczny gej, ale uważam, że branża ta ma przyszłość. Ślubna znaczy.
No to idę (3 dni, 3 dni). Czy zaraz wracam? Nie sądzę ;-)
Vuzzzziii!
Wasza C.
2008-05-18
23:06:43
skomentuj (27)
Falling slowly, eyes that know me and I can’t go back
Jestem przecież. Jestem trochę tu, trochę już tam. Trochę w stanie błogiego staropanieństwa i dymiącego raszpelstwa (słowotwórstwo zawsze było moją mocną stroną, gorzej z artykulacją), jedną nogą jednak w nieznanym. Za 33 dni zmienię nazwisko. Na nieco dłuższe. Na nieco obce. (Małomówny woła z offu: ZRÓBMY SOBIE TICKEREK! – po moim trupie, tak?). Katarzyna Małomówna, indeed.
Dwa dni temu obchodziliśmy rocznicę zaręczyn. Perfekcyjna pani domu radzi, by zrobić se pudełko najważniejszych wspomnień i przełożyć owe wspomnienia bibułą, co by zniszczeniu nie uległy. To ja mam. Sukienkę. I koszulę w kratę. I kasetę z All you need is love. I pudełko od pierścionka, w którym śpię, myję się i wyrywam chwasty w ogródku. Seriously, nie rozstaję się z nim od roku. A z Małomównym od prawie dwóch.
Ponoć zaręczyny zazwyczaj prowadzą do ślubu, tak przynajmniej słyszałam. A jednak czasem zatrzymuję się w pół kroku i zastanawiam, czy to się dzieje naprawdę. Trochę też płaczę, wiecie. Na przykład gdy dziewczyny dają mi pudełeczko z napisem COŚ NIEBIESKIEGO, a w nim znajduję podwiązkę.
(chwilę później, po trzech frozen Margaritas, zakładam sobie ową podwiązkę na głowę, bo jak twierdzi Cloudy, mam taką WRODZONĄ KLASĘ i po prostu muszę ją pokazać)
Jestem szczęśliwa. Czy chwilami boję się, że coś się spektakularnie spierdoli – oczywiście.
(tu wkracza Małomówny, całuje mnie w czubek głowy, bierze gitarę i gra dla mnie moją ulubioną ostatnio piosenkę – „Falling Slowly”). I nagle jakby mniej się boję. Chciałabym być innych rzeczy tak pewna jak tego, że Małomówny jest TYM FACETEM.
I gdybyście mogli przestać się tak masowo rozwodzić w najbliższych 4 tygodniach, to w ogóle byłoby super ;-))
Na szczęście zdążyliśmy obrazić połowę rodziny już w kwietniu rozsyłając zawiadomienia zamiast zaproszeń, więc teraz spływa na nas błogie ZEN, gdyż bardziej obrażeni być nie mogą (obym w złą godzinę nie powiedziała, prawda?). Cóż, jeszcze nie przeszło mi przez gardło, że bardziej od więzów krwi cenię sobie długie wieczory spędzone przy metaforycznej wódce, nawet wirtualnie. Tak, my darlings, nie zatańczę ani jednego tańca z wąsatym wujkiem. Zamierzam natomiast zaszaleć solo na parkiecie do My Sharona, jeśli kondycja pozwoli.
Pierwsza już walnęła mi moje TRUDNE OKO, tak na próbę. I mówię Wam, jeżeli ktoś ma was malować do ślubu, to tylko Pierwsza. Ma ręce, które leczą. I miło się na nią patrzy. I słucha. Więc ten... PIERWSZA NA PREZYDENTA, I’d say!
Pewnie już tu nie wpadnę PRZED, więc życzcie mi dobrze. I bez urazy, nie jestem osobą publiczną, nie informuję zatem osób postronnych o tym, gdzie i kiedy. Co nie znaczy, że nie zdam raportu ;-)
Zostawię Was z kilkoma fotkami z panieńskiego.
Owszem, biegałam chwilę w welonie niczym Szalona Żona Pana Rochestera (copyright Cloudy).
Bozia dała urodę z lat trzydziestych, to ją prezentuję, nie? W pełnej krasie. Seriously, kiedyś miałabym wzięcie ;-)
A później, później pozostała mi tylko refleksja. I refluks, ale nie mówmy o tym ;-)
Myślcie o nas ciepło. Vuzzzi. Wasza Cashew.
2008-02-21
18:59:37
skomentuj (53)
Hey remember that time when...?
Sześć lat pisania, a wystarczyły dwa miesiące, by zapomnieć hasło dostępu do bloga. Nie żebym szczególnie starała się je sobie przypomnieć, przyznaję.
Bez urazy - nie witałam się, to i żegnać się nie będę. Może dlatego, że nie mam w sobie wyraźnego rysu dramatycznego. Wiecie, rys dramatyczny potrzebny jest, by napisać „ODCHODZĘ!!!”, a następnie udać spektakularne, acz wirtualne, omdlenie. (po czym czekać na pincet komentarzy, z czego jakieś dwieście inwektyw, że i tak Ciebie nie lubiliśmy i niewielka to strata, a poza tym jesteś gruba oraz/lub głupia). Dywagacje to czysto teoretyczne, bo komu przeszkadza, że sobie cashew.blog.pl wisi? Czasem traktuję go jak stary kalendarz, gdy za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, kiedy był u mnie z wizytą Szwedzki Pulpet, a informacje te są mi akurat potrzebne (niekoniecznie do szczęścia). Albo wiecie, co robiłam w kwietniu 2005, gdy... itd. (kto wie, ten wie, mwaha).
Jeśli czegoś się nauczyłam przez ostatnie dwa lata, to tego, że „my się nie dzieli przez trzy” (tfu, na psa urok, przyszło mi Grabaża cytować). Oraz tego (i dość smutna to konstatacja), że moje szczęście może kogoś kłuć w oczy. O ile łatwiej jest napisać „jak mnie ta pełnia wkurwia”, ewentualnie „faceci to dekle”, niż wyznać, że mój własny facet nadal nosi mnie na rękach, jest dla mnie dobry, całuje co rano w stopę wystającą spod kołdry (nadal! moją gigantyczną stopę!) i chce ze mną spędzić resztę życia i jeszcze dłużej. Nie umiem pisać o szczęściu, za cholerę. Istnieje bowiem obawa, że pojadę tekstami o niebie moich uczuć i coś tam coś tam płonącym lesie namiętności jak zapałki czy coś. No błagam.
O szczęściu to ja mogę najwyżej szeptać Małomównego (po tym, jak już go ochrzanię za pierdyliard drobiazgów, rzecz jasna).
Napiszę Wam za to o przygotowaniach do ślubu, bo kochani, to
jest dopiero masakra. A jaki biznes! Siedzimy z Małomównym na forach i oczy nam
się otwierają coraz szerzej, seriously. Na przykład poezyje. Poezyje, co je można umieścić na
zaproszeniu (po moim uroczym trupie). Weźmy o taki wierszyk: „Abyście wiele się
nie głowili i oblicz miłych swych nie skrzywili, gdy zobaczycie żelazek parę
lepsze pieniążki - dajcie nam wiarę.” A ja głupia myślałam, że pecunia i credo
to ni chuja nie są kompatybilne. Obstawiam, że za 10 lat narzeczeni zaczną
dołączać do zaproszeń polecenie przelewu. Albo „Dom weselny, nr konta”. Czy ja
jestem jakaś niedzisiejsza? Czy lista prezentów nie wystarczy i trzeba
uskuteczniać żebry? Hm?
Co tam wierszyki na zaproszeniach, można walnąć też wierszyki na stole – koniecznie o wódce i całowaniu. I balony, dużo balonów, może być nawet wielki balon wybuchający wieloma małymi balonikami, yeah baby! (Nie muszę chyba dodawać, że w promieniu kilometra od naszego ślubu nie życzymy sobie zobaczyć nawet jednego – małego – balonu? I przy okazji – proszę w nas też niczym nie rzucać ;-) Aj noł, jesteśmy tacy nie-wy-lu-zo-wa-ni.
W tym naszym niewyluzowaniu poszliśmy do mojego proboszcza załatwiać formalności. Po primo, na „szczęść Boże” odparłam uprzejmie DZIĘKUJĘ, po czym Małomówny sprzedał mi taką sójkę w bok, że do teraz mnie kłuje, i wyszeptał, scenicznie: „BÓG ZAPŁAĆ” (no ale on chodził na pielgrzymki... no dobra, ja byłam w oazie ;-). Po secundo zatrzasnęliśmy się z proboszczem w zakrystii. Z opresji uratował nas mały moherowy berecik i jego właścicielka. Złego słowa o moherze nie powiem.
Sukienka zamówiona, spędza mi sen z powiek rozmiar, gdyż od miesiąca poddałam się terrorowi Dementi vel Fitness Nazi, popylam na magnetickym rotopedzie i odstawiłam węglowodany. Jak już kiecka dotrze, to możliwe, że zjedzie mi do talii i tyle. Pomyślę o tym jutro, pewnie da się zmniejszyć, oder? Gorzej w drugą stronę.
Pierwsza Żona zgodziła się machnąć mi moje „trudne oko”, więc o makijaż jestem spokojna (a może nie powinnam? TRUDNE OKO, tak?). Ale jakoś jej ufam :-)
W sumie tak się odgrażam, że przestanę pisać bloga, a gdyby nie blog, to co? Pierwsza Żona mi robi makijaż, Grzęda i Natalia-Natalie zdjęcia, biżuterię Evva, Cloudy wysłuchuje moich tyrad, June wspiera i mówi, że wszystko będzie dobrze, no halo. Lowjuol! Powaga!
4 miesiące. Myślicie, że w ostatnim tygodniu będę w obłędzie biegać po ulicy we flanelowej koszuli? Possibly maybe.
Tymczasem buzi!
Wasza Bride-zilla-to-be
P.S. Nic nie kumam z nowego panelu administracyjnego. NIC! I jak tu wyrównać tekst? justify? Ha, sama se w html zrobię! (ha!)
2009-11-10
11:21:21
skomentuj (14)