Archiwum
luty
2010
listopad
październik
wrzesień
2009
grudzień
listopad
październik
maj
marzec
styczeń
2008
październik
czerwiec
maj
kwiecień
luty
2007
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2001
grudzień
Barry White saved my life
Właściwie to nie Barry White himself, ale niezawodna Cloudy, informując mnie, że istnieje mrożona włoszczyzna. Ktokolwiek ją wymyślił, walnie przyczynił się do poprawy jakości mojego życia emocjonalnego oraz intelektualnego (czytaj: zwrócił mi wieczorem bezcenny kwadrans dla siebie, na „Maseczkę przed randką – Oczarowanie” i przeczytanie Wysokich Obcasów sprzed trzech tygodni). Hail thee.
Swoją drogą, zapoznawszy się z wynikami badań Biblioteki Narodowej dotyczących czytelnictwa w Polsce nieco się zasępiłam, przeryłam zwoje mózgowe w celu policzenia, ile dokładnie książek udało mi się przeczytać od czasu nastania ery Antoniego i rozdzierająco westchnęłam. („Babo chce! Tam! Daleko daleko! Da da! Wózek jedzie turli turli tur tur tur” – skądinąd bardzo ładnie wydana pozycja dla najmłodszych, no ale „Kura gdacze ko ko ko” to nie jest szczyt moich możliwości, czuję.)
Teraz to już nawet nie „Babo chce”, gdyż syn w szesnastym miesiącu życia odkrył, iż naprawdę można się poruszać na dwóch nogach (cztery nogi dobrze, dwie nogi lepiej) i odnoszę wrażenie, że cały rozum, wraz z koncentracją, siłą grawitacji spłynął do stóp rozmiar 23. Ja pieprzę, nie NADANŻAM za nim, kiedy biega między pokojami i nadaje po klingońsku. Już się ze sobą kłócimy, choć jeszcze nie odkrył, że można się rzucić w szale na podłogę – ja mu nie pokażę, bo sama praktykuję dopiero po 19:00, kiedy on, z trzema pluszowymi myszami na głowie i kciukiem wciśniętym w paszczę tuż obok zajebiście krzywej dolnej dwójki (how come) spokojnie posapuje.
Nie jestem gotowa na bunt dwulatka i dziecko z rozumem w stopach, ale wiem, że i z tym przyjdzie się nam zmierzyć, a jako matka praktykująca pruski dryl wyjdę z tego zwycięsko (mhm, jasssssne).
Anyway, w ramach profilaktyki matczynego pierdolca i biegania po ulicy przy minus piździcet w koszuli nocnej, wybrałam się dwa tygodnie temu na koncert Happy Pills w ramach Rock in Arena (nie w koszuli nocnej). Wiadomo, bycie First Groupie zobowiązuje.
I tak sobie pomyślałam, że zawsze, kiedy mój mąż, onegdaj Małomówny, wychodzi na scenę, to jestem tak samo zaskoczona, jak za pierwszym razem, że to naprawdę on i że zrządzeniem losu znaleźliśmy siebie po prawie dwudziestu latach mijania się na koncertach i festiwalach, począwszy od pamiętnego koncertu Pidżamy w 1995. Cud w Sokółce, serio. I chyba nigdy się nie przyzwyczaję (a na poczcie głosowej mam nadal panieńskie nazwisko, so there).
Stojąc pod sceną przez moment poczułam, jakbym odzyskała siebie w wersji 1.0. Nie myślałam o Synku, zupkach, zapierdalaniu na trzy etaty. Na chwilę byłam tylko tam i nigdzie indziej, mogłam się drzeć do woli i zarzucać obfitym biodrem. Zdecydowanie potrzebuję tego (czy, jak mawiają na fejsbuniu, gdzie wisi i wisi mój zdychający profil, LUBIĘ TO).
Następne takie wyjście 12 kwietnia, co, jakże mi przykro, nie ukrywam, zbiega się z tryumfalnym WEJŚCIEM mła w wiek średni i ogólnym „o kurwa jakim cudem mam trzydzieści pięć lat, skoro nadal noszę do pracy trampki i bluzy z kapturem”. Ubolewam, że to wtorek, więc wiadro wódki nie wchodzi w grę (jakby kiedykolwiek wchodziło, kiedy ma się pod opieką małego puchatego blondyna, cnei). Więcej rozdrapów z tym związanych w następnej notce, zapewne (chyba że, jak zwykle o poranku, miną w zderzeniu z Antonim nadającym „brum brum jodi jodi jodi”).
Słyszałam na mieście, że zima zamierza niedługo wypierdalać, więc na koniec ostatnia odsłona faceta w rajtuzach, e voila:
2011-02-07
23:48:13
skomentuj (7)
Change I know is gonna come, we fail, we fall, we move on
Doszły mnie słuchy, że ponoć mam depresję, baby bluesa z szesnastomiesięcznym lagiem.
Te słuchy to trochę jak w Ptasich Plotkach Brzechwy, wiecie, „ze słów sikory wynika, że zięba już od miesiąca po prostu jest konająca. Słowik wróblowi polecił, by trumnę dla zięby sklecił”.
(z wierszami jestem na bieżąco, obudzona w środku nocy potrafiłabym wyrecytować Słonia Trąbalskiego, Lokomotywę i Rzepkę, na bezdechu, z odpowiednią choreografią. Przy okazji maleńkie fakju dla Tuwima za „córeczce na imię po prostu Kachna, a ojciec woła Grubachna! Wielgachna!”. No ale poza tym to zdecydowanie bardziej lowju niż fakju)
Tak czy owak, pogłoski o mojej depresji są mocno przesadzone.
Nie da się ukryć, że po lekturze fragmentów archiwum bloga, zwłaszcza lat 2003-2006, pierwsze, co mi się cisnęło na usta, to „ja pierdolę, ile ja miałam wolnego czasu” (generalnie „ja pierdolę” było leitmotivem tej lektury, z różnych względów).
Niemniej jednak CZAS, czas to coś, czego brakuje mi teraz najbardziej. Kiedyś w ciągu jednego miesiąca potrafiłam zwiedzić pół Polski (istnieje takie pojęcie jak „turystyka seksualna”, nie? Może w tym przypadku bardziej romantyczno-erotyczna, but still). Teraz na palcach jednej ręki mogę policzyć swoje wyjazdy (in plus odnotowuje, że jazdy też).
Można i z małym dzieckiem? Na pewno można, wszystko MOŻNA. Niestety, ubolewam, ale jestem z natury leniwa, a „wypoczynek z dzieckiem” to dla mnie oksymoron stulecia. Wyjazd a wypoczynek, różnica kolosalna.
Za sport ekstremalny uważam samo wyszykowanie Antoniego na zimowy spacer – właściwie w momencie, gdy w końcu siedzi przypięty w wózku (czapka – check, krem do buzi – check), przypominając ludzika Michelin, jestem ugotowana i marzę, by rozebrać go i nigdzie nie wychodzić. Ale wychodzę, rzecz jasna, siedząc w domu można przecież dostać pierdolca i pewnego dnia zrobić szaloną żonę pana Rochestera pod Biedronką lub lokalnym kioskiem Podroby, przerobionym przez kogoś zmyślnie na Podróby. Jak już wyjdę, to robimy dziesięć rundek po parku, po czym udajemy się do Coffee Heaven na zasłużony odpoczynek, gdzie ja piję kawę, a Antoni wali samochodzikami o posadzkę.
(jak myślicie, mogę napisać artykuł o AKTYWNYM MACIERZYŃSTWIE do magazynu Dziecko? Jest to moje ulubione czasopismo, gdyż regularnie zaliczam przy nim totalny facepalm/headdesk, chyba nie jestem jednak ich targetem. Dopuszczam też możliwość, że jestem po prostu starą złośliwą babą i mam wszystkim za złe, szczególnie doradcom laktacyjnym, pełnym szlachetnej wyrozumiałości dla kobiet, które nie karmią piersią dziecka do szóstego roku życia oraz kładą je spać w jego własnym łóżku, ba, w jego własnym pokoju, o zgrozo!)
I tak se myślę, że właściwie wiem, co mnie czasem uwiera. A mianowicie syndrom trawy, która u sąsiada jest bardziej zielona. Owszem, byłam kiedyś wolna i niezwykle spontaniczna, czasem do granic głupoty. Pozostaje pytanie, czy byłam szczęśliwa. Ci, którzy pamiętają ostatnią dekadę (powtórzę – DEKADĘ!), znają dobrze odpowiedź.
Zatem mimo wkurwu, zmęczenia i frustracji wszelkich, codziennie dziękuję Bogu, że mam zdrowe, piękne, mądre i bezwzględnie zajebiste dziecko.
I choć słoneczne dni tej zimy można policzyć na palcach jednej dłoni, to... promyczkiem jest Antoni (tak, czekaliście na to, wiem!!! banalne rymy z dupy wzięte, ale jakże prawdziwe!)
Oby do wiosny. Zostawiam Was z tym tam, wiecie, PROMYKIEM.
Foto by Zuzanka.
2011-02-06
21:35:11
skomentuj (18)
You take a leap thinking blue water is deep, when suddenly it’s just grey rain
Bogate długonogie amerykańskie kobiety próbują odnaleźć siebie we Włoszech.
Ja próbuję odnaleźć siebie, obierając wieczorem włoszczyznę na zupę dla Antoniego (którą i tak wypluje na brodę, zamiast pokornie zjeść, wytrzeć usta chusteczką z monogramem i rzec „Dziękuję, Pani Matko, za wyborną wieczerzę”).
Bogate długonogie amerykańskie kobiety pochylają się nad swoim losem na Bali.
Ja najwyżej mogę pochylić się nad balią vel wanienką z dwunastokilową zawartością.
Czy mam jeszcze cokolwiek do powiedzenia światu? Sama nie wiem.
Wiem tyle, że przeczytałam wczoraj w nocy sporą część archiwum bloga i zatęskniłam. Zatęskniłam jak cholera. Do odpalania Worda przy lampce (kiedyś butelce) wina i pisania, pisania, pisania.
Tyle że ostatnio wszystko odbywa się kosztem czegoś innego. Jasne, że mogę pisać. Mogę pisać kosztem snu, kosztem pieprzonej nieobranej włoszczyzny, kosztem prawie trzydziestopięcioletnich podkrążonych oczu.
(Czekacie, aż odwołam się do Rachel Cusk, macierzyństwa i umierania? Nie trzeba, wystarczająco o tym napisano, choć sama książka okazała się wyjątkowo niestrawna)
I właśnie dlatego NIE WIEM.
Then puddles at your feet, they turn to dirty ice, but somehow they'll melt back to clean blue water once again.
Tego się trzymam. Pomyślę jutro.
2010-11-19
21:46:12
skomentuj (2)
Five weeks till Christmas
Krótko mówiąc: KUP PAN PŁYTĘ i podrzuć komuś lubianemu (ewentualnie nielubianemu, niepotrzebne skreślić) pod choinką. Jest tam coś pod nóżkę ("a teraz idziemy na jednego"*), jest też coś do wypłakania się w poduszkę ("nieszczęśliwego białego misia"**), jest też coś do przytulenia ("bo jesteś Ty"***), generalnie kompletnie nieobiektywnie uważam, że warto. (*, **, *** no dobra, disclaimer, nie dosłownie temi słowy, ale). Do nabycia wszędzie.
2010-10-16
21:27:51
skomentuj (14)
A pretty good year
Powiem to wreszcie: Jestem obłędnie zakochana w naszym synu.
Od czasu do czasu uda mi się go dopaść i wymiętolić (wije się przy tym jak stado łasic), połaskotać bose stopy i powąchać blond głowę (taki matczyny fetysz, nevermind). Bo on nie jest z tych, co się sami przytulają, o nie. No dobrze, może sporadycznie, choć jego wersja przytulenia się do matki niebezpiecznie przypomina próbę wyjechania tejże matce z bańki. Bierze zamach głową i JEB, przytula się i oślinia policzek. Nic to, na razie wystarczy, że zapieprza do mnie z prędkością F16 na czworakach i woła MAMA, MAMA. Rozwala mnie to, za każdym razem.
Nigdy nie chciałam mieć syna. Nie wiem, może dlatego, że liczba popaprańców płci odmiennej, z jakimi, poniekąd na własne życzenie, miałam w życiu do czynienia, była znacząca. W związku z tym wychowanie faceta bez emocjonalnych jazd wydawało mi się co najmniej trudne. Co innego mała puchata dziewczynka, mniej więcej wiem, co kobietom w głowie siedzi (jestem jedną z nich la la la la).
A gdy 1 lutego 2009 roku na teście zobaczyłam dwie kreski, a był to leniwy niedzielny poranek, to wraz z tym, nie czarujmy się, osikanym kawałkiem plastiku, wskoczyłam z powrotem do łóżka, przytuliłam do Małomównego i pomyślałam, że synek, synek to byłaby zajebista sprawa.
Jakieś 18 tygodni później lekarz pokazał mi COŚ na USG, twierdząc, że to TO. (trochę jak Rachel z Friends miałam dość często problem z określeniem, CO właściwie widzę na zdjęciu, raz nawet upierając się, że tyłek Antoniego to jego głowa, oh well). Tak czy owak, kazałam lekarzowi zaznaczyć TO strzałką, żebym mogła Małomównemu wskazać atrybuty jego syna we właściwym miejscu, niekoniecznie na głowie. Po czym zapytałam, czy TO może się jeszcze zmienić w TAMTO (wiadomo, wykształcona jestem że ho ho). Lekarz uśmiechnął się pod wąsem i rzekł: „NIE W TEJ CIĄŻY”. Tym samym wymarzony synek stał się faktem i nagle fakt, że będę mamą chłopca wydał mi się najbardziej naturalny na świecie.
Tak jak i wybór imienia. Gdybym była egzaltowaną uduchowioną panienką, napisałabym, że imię przyszło do mnie we śnie. Jako mocno stąpająca po ziemi i akuratna poznanianka, napiszę, że, ehem, imię przyszło do mnie we śnie. POWAŻNIE. Przyśniły mi się dwa: Antoni i Szymon. Rano, przy śniadaniu, zapytałam Małomównego, czy Antoni, czy też Szymon. Między jednym kęsem a drugim odparł, że Antoni. No i poszło!
Tydzień temu Antoni skończył rok. Był to najlepszy rok w moim życiu. Był to najtrudniejszy rok w moim życiu. Nigdy wcześniej nie byłam tak szczęśliwa. Nigdy wcześniej nie byłam tak zmęczona. Macierzyństwo to niezła cholera, tyle wam powiem.
Kocham tego łobuza ponad wszystko. Rośnij duży i szczęśliwy, synku.
2010-09-05
22:40:21
skomentuj (17)
Babyville
Z kwartalnych notek płynnie przechodzimy do rocznych, a kolejnej należy spodziewać się w roku 2020 (w którym to zapewne będę kurwić na polski system edukacji i egzaminy sześcioklasisty, for sure, ewentualnie oznajmię, że właśnie zostałam babcią). A nie, przepraszam, przecież w międzyczasie trzeba zaliczyć koniec świata. Nie sądzę, żeby blogi były jak karaluchy i przetrwały wszystko, więc pozostaje ten, no, CARPE DIEM i liczne mądrości życiowe generowane przez Paulo Coelho (coś tam coś tam usiadła i zapłakała).
Co ja tu chciałam, a. Chciałam napisać, że pisać długich form już nie potrafię. Ni chuja. Za to nadal klnę jak szewc, więc macierzyństwo BYNAJMNIEJ nie łagodzi obyczajów, a śmiem twierdzić, że wręcz przeciwnie. Na szczęście pierwszym słowem Antoniego okazała się być LAMPA, a umówmy się, że mogło być dużo dużo gorzej. Poza tym ta lampa to przypadek i miał na myśli MAMA, a że gapił się przy tym w sufit? Tłumaczę rewerencją dla pani matki.
No masz, a ja znowu o moim dziecku, a tu tyle interesujących tematów dookoła... (chwilowo straciłam wątek, gdyż telewizor powiedział do mnie REFORMUJ SWOJĄ PUPĘ, a ja nie chcę, gdyż rozłożysty zad to mój znak firmowy, bez niego nie byłabym sobą, z reform preferuję likwidację KRUS, na przykład, ale rozumiem, że łatwiej zreformować nawet największą dupę, niż narazić się koalicjantowi. W sumie tłumaczyłoby to jędrne zadki Tuska i posła Nowaka - nie mogą mnie za to pozwać, nie? Jakby co, to jestem ubogą staruszką zbierającą chrust, olaboga. Z jedenastomiesięcznym synem na plecach).
No właśnie. Za trzy dni JEDENASTOMIESIĘCZNYM. Więc Państwo wybaczą, ale inne tematy zeszły na drugi plan. Gdybym potrafiła pisać o macierzyństwie, pisałabym. Niestety trochę mi się to wszystko wymyka. Z nadejściem ery Antoniego w naszym życiu zmieniło się wszystko. Ja wiem, że teraz en vogue jest głoszenie, że jak to, ALEŻ MON DIEU, dziecko nic w moim życiu nie zmieniło i OCZYWIŚCIE mnie wcale nie ogranicza (hence noworodki w epicentrum niedzielnego sajgonu w centrum handlowym Plaza), no i dobrze, was miłe panie nie ogranicza, mnie jednakowoż tak, jak cholera.
I nie chodzi tu wcale o uwiązanie fizyczne (po czterech miesiącach bez snu – i jak mówię bez snu, to mam na myśli BEZ SNU, za to z dzieckiem u piersi co 60 minut – bez wyrzutów sumienia nabiłam Antoniego w butelkę, zatrudniłam nianię na kilka godzin w tygodniu i odzyskałam swoje cycki dla siebie), ale psychiczne. No cholera, jakby nie było, to jest mój synuś puchaty, którego cztery kilo wyrosło z czterech milimetrów stwora z ogonem ujrzanego na pierwszym usg. Gdziekolwiek jestem, gdziekolwiek pojadę w celach rekreacyjno-alkoholowych, mam na czole (od wewnątrz) wypisane, że ja, Katarzyna, jestem MATKĄ. I ode mnie zależy, czy wychowam szczęśliwego, poukładanego faceta, czy też Woody’ego Allena (nie, nie zależy mi, żeby Antek był wybitny za cenę neurozy. Neuroza bywa oczywiście pociągająca, a często zabawna, jednakowoż thanks, but no thanks).
Więc oczywiście jestem wielkim wyrzutem sumienia, gdy chwilami ten puchaty blond aniołek doprowadza mnie do granicy wytrzymałości. W końcu JESZCZE kwalifikuje się jako niemowlak, to co ja zrobię z dwulatkiem? Założę sobie papierową torebkę za uszy na stałe i będę w nią oddychać? Nie wiem. Wiem tylko, że warto było, jak cholera. Warto.
Do tego stopnia, że gdy Antoni śpi, tuląc do siebie swoich nieodłącznych towarzyszy, Pana Myszkę i Pana Królika, patrzę na niego i myślę, że tak zajebiste dziecko powinno mieć rodzeństwo. Pielęgnuję w sobie tę myśl wieczorem, gdy zasypiam, po czym budzę się i z każdą mijającą godziną myśl jest jakby MNIEJ WYRAŹNA, dematerializując się około 18:00. Po czym o 19:00 Antoni śpi, tuląc do siebie... (i tak dalej). Man, do I need help.
No dobra, pozdrawia Was wersja mini-me Tomasza Karolaka.
2009-12-09
16:11:15
skomentuj (33)
The business of being born
7 października minął 40 tydzień ciąży, więc o godzinie 20:00 stawiliśmy się karnie w komplecie u lekarza, który ze stoickim spokojem stwierdził, iż kończy się Antkowi woda w basenie i wypisał skierowanie do porodu. Skierowanie na następny dzień, ósma rano. Czy mi zadrżały kolana i inne nieco otłuszczone części ciała? No ba. Zwłaszcza, że NADAL nie miałam do końca spakowanej torby.
Jako że nie byłam spakowałam TEJ torby, po powrocie do domu szybko wzięłam się za... szykowanie kanapek z szynką dla Małomównego, sama z nerwów jedząc WIELKIE NIC. Ostatnią noc w ciąży spędziłam przewracając się z boku na bok i myśląc, że, cholera jasna, to JUŻ i że jutro poznam własnego syna i że jak to jest WOGLE możliwe. Co ciekawe, nie myślałam o tym, że zanim poznam syna, to wcześniej nastąpi poród, trochę mi umknął ten szczegół w ferworze pakowania i szukania w szufladzie Małomównego dostatecznie ciepłych skarpetek.
No ale nadszedł 8 października i o siódmej z minutami przekroczyliśmy progi szpitala na Polnej („this is a teaching hospital”, kołatało mi w głowie), po czym wyposażono mnie w koszulkę bez troczków z trudem zasłaniającą mój zad i niebywale gustowny porannik w kolorach tęczy, zwany również cudownym płaszczem snów w technikolorze, no zresztą sami zobaczcie:
Opasana tym cudem wyglądałam, nie przymierzając, jak jeden z kolorowych słoni promujących Poznań i szczyt klimatyczny, oh well.
Wkrótce jednak to, jak wyglądam, stało mi się wybitnie obojętne, gdyż na oddziale porodowym posadzono mnie na plastikowym krzesełku przed salą i kazano czekać, aż SIĘ ZWOLNI. Się zwolni jak się w niej urodzi, znaczy. No to se siedziałam godzinę i słuchałam CUDU NARODZIN, zajebiście głośnego cudu, nadmienię. W bonusie obserwowałam biegające położne krzyczące „forceps!” lub „vacuum!” i generalnie bardzo szybko poruszających się lekarzy. Ale wiecie, ja uwielbiam wszelkie seriale medyczne, więc nawet mnie to specjalnie nie przeraziło. Ba, z uśmiechem nadstawiłam przedramię studentce, by ta mogła poćwiczyć na mnie wkłuwanie wenflonu. Zakładam, że ćwiczyła, bo po trzech nieudanych próbach i zalaniu podłogi mą błękitną krwią pobieżyła po posiłki, a posiłki wbiły mi wenflon jednym sprawnym ruchem.
Następnie przyszła kolej na wywiad. I tu okazało się, że za cholerę nie mogę sobie przypomnieć daty urodzenia Małomównego, co więcej, nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, jak długo jesteśmy małżeństwem oraz kim Małomówny jest z zawodu. Nic to, coś wymyśliłam na poczekaniu, aczkolwiek nieco minęłam się z prawdą.
Możnaby pomyśleć, że opuściło mnie moje ZEN, ale nie, skądże. Nadal byłam święcie przekonana, że kto jak kto, ale JA nie urodzę? JA, która codziennie wykonywała serię ćwiczeń relaksacyjno-oddechowych, o skakaniu na pieprzonej piłce nie wspominając? Prymuska szkoły rodzenia, doprawdy. Byłam pewna, że pyknę tego Antka jak piłeczkę pingpongową (nie żebym wcześniej pyknęła TAMTĘDY piłeczkę pingpongową, ale nie wydaje mi się to szczególnie trudne). Zwłaszcza, że dwukrotnie wykonywane USG pokazało, że ta „piłeczka” waży 3600 g, czyli całkiem w normie.
Gdy już trafiliśmy na salę podpięto mnie do maszyny która robi PING, Małomówny rozsiadł się w fotelu, rozpostarł przed sobą płachtę Dużego Formatu, odpalił bułkę z szynką i zaczęło się CZEKANIE. Położne zmieniały się jak w kalejdoskopie, podkręcając mi kroplówkę z oksytocyną („a bo pani nie wygląda na rodzącą”, „a bo pani się jeszcze uśmiecha i rozmawia z mężem”, „a bo pani chyba jeszcze tak nie boli”) i tak nam miło mijał czas.
Położne to jednak nic w porównaniu z moją radością, gdy do sali (bez pukania, ofkors) wkroczył niejaki Kuba z kursu FCE, na który uczęszczałam niewinną siedemnastolatką będąc, na szczęście mnie nie poznał (a jeśli nawet poznał, to nie próbował zbadać mi rozwarcia i chwała mu za to). Za nim zaś podążał sznureczek amerykańskich studentek medycyny i nie mogłam się oprzeć analizie, która to Meredith, a która Christina, wiadomo. A w tak zwanym MIĘDZYCZASIE w salach obok rodzili się nowi obywatele, jeno na naszej sali NIC, panie dzieju, tylko takie tam, wiecie, SKURCZE.
Po 10 godzinach owych nastąpił hajlajt mojego porodu siłami natury, czyli telefon mojej M. z pytaniem, tadam, „JAK MAŁOMÓWNY TO ZNOSI? I CZY NIE JEST GŁODNY”. Spoko, Mamo, jakoś sobie radzi z tymi skurczami, może dlatego, że go, kurwa, NIC NIE BOLI! (dodam, że byłam na czczo już od 24 h, tak?)
Między skurczami oczywiście wspomagałam się muzyką relaksacyjną, czyli największymi przebojami The Pixies. I już do końca życia zapamiętam, że decyzja o cesarskim cięciu zapadła zaraz po tym, jak odsłuchałam „Debaser”.
Najpierw sprawdzono jednak, że Antek raczej nie wyjdzie przez otwór o średnicy pół centymetra i szanse, że jak wypiję szklankę oksytocyny duszkiem, to sytuacja ulegnie zmianie, są nikłe.
Jak już wspominałam, uwielbiam seriale o chirurgach, ale co innego namiętnie oglądać jak Derek grzebie komuś w mózgu, a co innego mieć w perspektywie zupełnie niezaplanowaną cesarkę. Kiedy wjechałam na salę operacyjną, to mina mi trochę zrzedła. (you know, „nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza”, dosłownie, gdyż narzędzia chirurgiczne odkładano na tackę położoną centralnie nad moją głową), jednakowoż hajlajtem tym razem było zobaczenie, że przenoszą czyjeś nogi, po czym stwierdzenie, że są to moje własne nogi, rozpoznane jedynie po ciepłych skarpetkach pożyczonych od męża, rozmiar stopy 46).
Wszystko to przestało mieć znaczenie, gdy usłyszałam „BLONDYN!”, po czym pokazano mi krzycząca kuleczkę z nastroszonymi blond włosami, którą to kuleczkę przez łzy pocałowałam w głowę.
Kuleczka zamiast 3600 g okazała się była ważyć 4120 g, szczegół, doprawdy.
Dziś po dwóch miesiącach waży 6 kilo i nadal jest blondynem, nadal sypia jak Napoleon, a ja mam nadal budyń budyń budyń w głowie. Nic więcej. (And so it is, just like you said it would be...)

2009-11-10
11:21:21
skomentuj (15)
Ice age coming, women and children first
Od 8 października mam permanentny dzień świstaka, niby listopad i należałoby standardowo pokwękać, co nie? Leider nie mam czasu na Weltschmerz i rozczulanie się nad sobą i nad tym, że dni takie krótkie, gdy i tak od miesiąca funkcjonuję w trybie baru mlecznego otwartego 24h, ergo właściwie nie bardzo rozróżniam, czy akurat jest 16:00 czy 4:00 nad ranem.
(mam wrażenie, że pozycje o pielęgnacji małoletnich pomijają ten arcyciekawy aspekt, sugerując, że noworodki właściwie tylko jedzą i śpią. Don’t get me wrong, Antek sypia, a że tylko po 45 minut, ojezu, wielkie mi rzeczy. Oraz je, zdecydowanie je (oh yeah), od 12 do 16 razy na dobę, wykształcając sobie kolejne podbródki i fałdki tu i ówdzie)
[A propos fałdek, to czy wiedzieliście, że dzieci mogą się zakurzyć? My nie wiedzieliśmy. WTEM! po miesiącu odkryliśmy w fałdkach (głównie pod pachami) złogi kurzu i innego paskudztwa, pomimo codziennych kąpieli. Teraz już wiemy (mind the fałdki!)]
No więc w świetle powyższego pojawia się pytanie, droga Gosiu: czy macierzyństwo to ściema?
Może nie jest aż u nas aż tak hardkorowo, ale nie przeczę, że kiedy kiwam się na sofie o trzeciej w nocy, a co pięć minut głowa opada mi bezwładnie na klatę jak pasażerom pociągu Poznań-Zakopane, to budzą się we mnie mordercze instynkty wobec pochrapującego Małomównego i fantazje o uduszeniu go puchową poduszką (no przecież powinien siedzieć ze mną całą noc i trzymać mnie za rękę, gdy karmię bufetem Antoniego – oczywiście wiem, że gdyby właśnie siedział, to znalazłabym inną rzecz, do której bym się mogła centralnie przypierdolić, nie wiem, że na przykład ŹLE SIEDZI albo ŹLE MNIE ZA TĘ RĘKĘ TRZYMA!). Nie bez przyczyny pozbawianie snu jest formą tortury, gdy wreszcie zasypiam, to budzę się po chwili cała sztywna z poduszką w objęciach przekonana, że trzymam na rękach syna i zdziwiona, że jest miękki, błękitny i w białe grochy.
Gwoli wyjaśnienia: Małomówny robi przy Antku WSZYSTKO, co facet może. Jeno natura poskąpiła mu mojego (chwilowo GŁÓWNEGO) atrybutu, który niestety cieszy się u Syna niezwykłą popularnością. (a wiedzieliście, że męskie cycki to MOOBS? No, to teraz wiecie).
„Pierwszy uśmiech wszystko ci wynagrodzi” – niby banał okrutny, a jednak. Nie wynagradza wszystkiego (4 tygodnie bez snu? Musiałby mi Antek sprzedać kilogram takich uśmiechów!), ale zajebiście pomaga przetrwać gorsze chwile. Jestem przekonana, że dzieci zostały wyposażone w ten mechanizm (i.e. rozpromienioną buzię na widok matki) w ramach zaawansowanej samoobrony, tak. Jak również w anielski wygląd podczas snu. I to ciche posapywanie przy jedzeniu! Jezu, nawet nie wiecie, jaki mam teraz budyń zamiast mózgu – uważam nasze dziecko za absolutnie doskonałe i nikt nie przekona mnie, że jest inaczej.
I tym akcentem zakończę, bo ktoś w pokoju obok kwęka i nie jest to bynajmniej Małomówny próbujący wydostać się spod puchowej poduszki.
W następnym odcinku wasza ciocia Cashew opowie bajkę o ciąży i porodzie (albo i nie ;-)
G’night and g’luck.
2009-10-14
13:00:11
skomentuj (44)
Everything in its right place
Proszę Państwa, oto Antoni (4120 g, 57 cm szczęścia), przyszedł na świat sześć dni temu i postawił kropkę nad i. Jestem Mamą, jesteśmy Rodzicami.
2009-05-29
12:47:11
skomentuj (40)
Like a rainbow round my heart
Ezoteryczny Poznań od dwóch dni tonie, a jak Poznań tonie, to wiadomo, trzeba włączyć radosną i żwawą muzykę (Radiohead czy Radiohead, a może Radiohead?), odpalić bloga i napisać kwartalną notkę utrzymującą go przy życiu.
Skoro zimno i pada i zimno i pada na to miejsce w środku Europy, to powspominajmy dziś pogodniejsze dni, hej!
Weźmy taki 21 czerwca 2008, dobra?
O dziwo, pamiętam to i owo.
Na przykład nerwową pobudkę o siódmej i rzut oka na zachmurzone niebo, podczas gdy Małomówny spokojnie przeciągał się w łóżku mamrocząc „632, 632”. „Hę?”- zapytałam inteligentnie. „Już 632 dni razem”. Zakrztusiłam się kawą, nie powiem.
Potem poprawiłam se rzęsy jelonka Bambi (tak! sztuczne! zamiatałam nimi podłogę jeszcze przez dwa tygodnie!) i pojechałam do fryzjerki, która walnęła mi na głowie taki hełmofon, że ja pierdolę. Nic by go nie ruszyło, nawet taka Korea Północna nie dałaby rady.
Wyszłam z hełmofonem, poszłam do kiosku i kupiłam narzeczonemu Przegląd Sportowy. I tak se jechałam Pestką o dziewiątej rano, dzierżąc w dłoni ten Przegląd Sportowy i se pomyślałam „nie no, będę zajebistą żoną, bez dwóch zdań” (okej, dobra, nic takiego nie pomyślałam, pomyślałam, że jestem zajebiście głodna i że zaraz zjem dwie bułki z okrasą, zanim przyjdzie Pierwsza Żona robić mi makijaż, co też uczyniłam).
Że wychodzę za mąż poczułam dopiero, gdy przyjechała Pierwsza ze swoim magicznym kuferkiem oraz spokojem, jakiego nie powstydziłby się kwiat lotosu na tafli jeziora, a zaraz po niej Cloudy i Evva, z misją a) uspokojenia mnie b) zasznurowania mi gorsetu oraz przypięcia tego i owego, z naciskiem na pończochy i welon c) modyfikacji bukietu ślubnego (w zamówieniu stało: żadnych perełek i chujwieczego oraz żadnych różowych kwiatów w przypinkach dla pana młodego i świadka – guess what ;)) Do każdej róży w bukiecie przyklejono perły, yay! Małomówny musiał zaś zdzierżyć różowe kwiaty. Co do pereł, to Evva przytomnie wycięła wszystkie nożyczkami, a ja, a ja cóż, ZEN, moi drodzy. poziom ZEN właściwy dla panny młodej, rzecz jasna).
Małomówny włączył nam Love Actually, zrobił sobie kanapki z szynką i przytomnie usunął się z pola rażenia.
(tu następuje wyrzut adrenaliny i totalna utrata pamięci, był kościół pełen gości, był chór gospel, który zaśpiewał „Amen” tak, że zatrzęsły się mury, a zamiast marsza weselnego „Oh happy day!”, ponoć też tam byłam, ale zabijcie mnie, pamiętam tylko oczy i ciepłą dłoń mojego Męża. Oraz że w pewnej chwili z chudej klaty zaczęła zsuwać mi się sukienka, bądź przeklęta dieto South Beach! A gdy wyszliśmy z kościoła, wyszło też piękne słońce i zostało już do końca dnia, o.)
Była też wieczorna impreza, na początku której, przyznam szczerze, miałam ochotę zwymiotować ze zmęczenia, spożywszy jedynie double bułka o świcie. Rundka z Małomównym dookoła Zamku (no błagam, chyba jasne, że królewny imprezują na zamku, nie?) i szklanka redbulla załatwiły sprawę. Potem wypiłam morze białego wina, odśpiewałam wszystkie szlagiery legendarnej formacji The Dixies (http://www.myspace.com/dixiesband) i tanecznym krokiem wróciliśmy do domu nad ranem.
Gdzie zastaliśmy łoże usłane różami by Evva, Dryoung, Cloudy i Wektor. No mówię Wam, RYNNA jak stąd do Białegostoku.
No więc rozumiecie, szkoda byłoby tego nie opisać dla potomności, nie? I nie podziękować wszystkim tym, którzy byli z nami rok temu, ciałem i duchem. Dziękujemy, serio serio.
Niedługo czeka nas kolejna rewolucja, żeby nie rzec przewrót październikowy. Stay tuned.
Tymczasem kilka obrazków i do zobaczenia za kwartał!
Zdjęcia: Natalia Dobryszycka (natalia-natalie.blog.pl), Wojtek Grzędziński (grzeda.blog.pl)
Biżuteria: Ewa Dacko (ladnerzeczy.net)
Makijaż: Pierwsza Żona (pierwsza-zona.blog.pl)

2011-02-26
21:18:33
skomentuj (21)